Mglisty las bukowy na zboczu, ziemia przykryta rudymi liśćmi — listopad na Roztoczu

Koszyki schowane, suszarka wyłączona, ostatnie słoiki stoją w szafce. Las po wrześniowym i październikowym grzybobraniu powoli cichnie, mgła wstaje nad łąką coraz później, a my wchodzimy w najspokojniejszy miesiąc w roku. Zaduszki na Roztoczu wyglądają inaczej niż w mieście — i o tym chciałbym dziś napisać.

Bo pierwszy listopada to u nas nie tylko korki pod cmentarzem i morze zniczy. To też kilka zwyczajów, które przetrwały po cichu, nikogo nie pytając o zgodę, i trwają do dziś w gestach, których często nawet nie zauważamy.

Dziady, czyli skąd w naszych rękach wzięły się znicze

Na początek drobne uporządkowanie, bo w mowie potocznej wszystko zlewa się w jedno. Pierwszy listopada to Wszystkich Świętych, drugi — Dzień Zaduszny, czyli Zaduszki. Pierwszy dzień należy do świętych, drugi do wszystkich naszych zmarłych. W praktyce większość z nas odwiedza groby pierwszego, a Zaduszki przeżywa po cichu, w domu.

Zapalasz znicz i stawiasz go na płycie. Prosty gest, powtarzany co roku. A jest w nim ślad czegoś znacznie starszego niż sam zwyczaj chodzenia na cmentarz, bo ten upowszechnił się dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku.

Dziady — bo tak nazywano obrzędy ku czci zmarłych przodków — to w kulturze ludowej przede wszystkim ogień i jedzenie. Ogień palono na rozstajach dróg i na grobach, żeby dusze trafiły do domu i żeby mogły się ogrzać. Czasem palono też ogniska przy drogach, którymi szło się na cmentarz.

Warto być tu uczciwym: badacze przypominają, że nie zachował się żaden średniowieczny opis Dziadów z ziem polskich. Szczegółowe relacje spisano dopiero w XIX i XX wieku, gdy ludowy kalendarz od dawna szedł już w parze z kościelnym. Samo Wszystkich Świętych ma własną, kościelną historię, sięgającą IX i X wieku.

Nie jest więc tak, że jedno zastąpiło drugie jednym ruchem. Raczej: ludowe zwyczaje przetrwały obok święta, wplotły się w nie i zostały. Znicz jest tego najlepszym dowodem — dziś nikt nie myśli o nim jak o ogniu dla duszy, a przecież to dokładnie ten sam ogień.

Dary, ogień i pusty talerz

Drugim filarem Dziadów było jedzenie. Zmarłym zostawiano chleb, kaszę, miód, czasem kieliszek czegoś mocniejszego — na grobie, na progu albo wprost na stole. Stąd wziął się zwyczaj, który część z Was pewnie zna z domu rodzinnego: dodatkowe nakrycie przy stole, nietknięty talerz, krzesło, którego nikt nie zajmuje.

U nas na Roztoczu starsze pokolenie pamięta jeszcze inne drobiazgi:

  • chleb przełamany i zostawiony na parapecie w noc zaduszną,
  • zakaz zamiatania i prania w te dni, żeby nie przeszkadzać duszom,
  • wypominki — głośne odczytywanie imion zmarłych, jedno po drugim, przez całą wieś,
  • rachunek sumienia z gościnności: czy przyjęło się pod dach każdego, kto zapukał.

Część z tych zwyczajów odeszła razem z pokoleniem, które je pamiętało. Część trwa, tylko zmieniła nazwę: dodatkowe nakrycie przy wigilijnym stole to przecież ta sama myśl, co pusty talerz w noc zaduszną.

To ostatnie podoba mi się najbardziej. W dawnej wierze wędrowny dziad proszący o nocleg mógł być kimś więcej niż wędrowcem, więc odmówienie mu dachu nad głową było rzeczą poważną. Gościnność nie była wtedy miłym dodatkiem do charakteru. Była obowiązkiem.

Gościnność z pogranicza — dlaczego akurat tutaj

Roztocze ma z tą gościnnością swoją własną, konkretną historię. To ziemia Grodów Czerwieńskich — pogranicza, które przez wieki przechodziło z rąk do rąk. Raz było po jednej stronie granicy, raz po drugiej, a stolicą tych ziem był gród w dzisiejszym Czermnie pod Tyszowcami — na tyle blisko, że da się tam zajrzeć w ramach jednodniowej wycieczki.

Na takim pograniczu mieszały się języki, obrzędy i święta. Jedni obchodzili je tydzień wcześniej, drudzy tydzień później, a w sąsiedztwie trzeba było po prostu umieć ze sobą żyć. Z tego bierze się coś, co słyszymy od gości do dziś: że ludzie są tu bezpośredni i że łatwo zagadać do kogoś przez płot.

My to podejście podebraliśmy od sąsiadów i staramy się nie zepsuć.

Listopad na Roztoczu wygląda inaczej

Jeśli nie byliście tu o tej porze roku, to krótkie ostrzeżenie: listopadowe Roztocze potrafi być piękniejsze niż sierpniowe. Buki stoją jeszcze rude, mgła leży w dolinach do południa, a droga do Krasnobrodu prowadzi między polami, na których widać każdy przydrożny krzyż i każdą kapliczkę.

A tych jest tu naprawdę sporo. W pierwszych dniach listopada przy wielu z nich też pojawiają się znicze — postawione przez kogoś z sąsiedztwa, bez okazji i bez świadków. To chyba najbardziej zaduszkowy widok w całej okolicy: ogień w szczerym polu, przy drodze, którą prawie nikt nie jeździ.

Przyjazd na Wszystkich Świętych — nocleg blisko grobów

Teraz rzecz praktyczna, bo wiem, że wielu z Was czyta ten wpis właśnie z tego powodu.

Pierwszy listopada to dla sporej części rodzin po prostu podróż. Kilkaset kilometrów, groby w kilku miejscowościach, cały dzień na nogach, w zimnie i w kolejce do bramy cmentarza. A wieczorem trzeba gdzieś się położyć — najlepiej niedaleko, bez wracania nocą przez pół Polski.

Jesteśmy w Kaczórkach pod Krasnobrodem, więc stąd jest blisko w okolice Zamościa, Tomaszowa Lubelskiego i mniejszych wsi na całym Roztoczu. Domek wynajmujemy w całości, jednej grupie, a to przy takim wyjeździe ma znaczenie:

  • mieszczą się dwa, czasem trzy pokolenia naraz — dwie sypialnie plus rozkładany narożnik,
  • jest w pełni wyposażona kuchnia, więc da się zrobić normalny obiad zamiast jeść na stacji,
  • nie ma recepcji ani sąsiadów za ścianą, a po takim dniu cisza bywa ważniejsza niż atrakcje,
  • parking jest na miejscu, na ogrodzonej działce — nie trzeba szukać miejsca wieczorem.

Dla rodzin z dziećmi dochodzi jeszcze jedno: ogrodzona działka, po której można się wybiegać po całym dniu siedzenia w aucie — więcej o tym pisaliśmy przy rodzinnym wypoczynku.

Jeśli jedziecie w tym roku, sprawdźcie kalendarz wolnych terminów i wyślijcie zapytanie o rezerwację — w długi weekend terminy znikają pierwsze. A jeśli planujecie dopiero przyszły listopad, tym lepiej, bo wybór jest wtedy pełny. Wyceny nie trzeba nigdzie szukać: po wybraniu dat kalkulator pokazuje ją od razu, a my odpowiadamy na zapytanie najszybciej, jak się da.

Wieczór po zimnym dniu

Listopadowy dzień na cmentarzu potrafi wejść w kości. Wiatr, wilgoć, stanie w miejscu — wracacie przemarznięci i zwykle w milczeniu.

Dlatego o tej porze roku najważniejsze dzieje się u nas wieczorem. Prawdziwego ognia w środku nie znajdziecie: mamy kominek elektryczny, który daje światło i nastrój, bez dymu i bez dokładania drew w środku nocy. Prawdziwy ogień czeka na zewnątrz — w piecu sauny typu beczka i pod drewnianą balią. Jedno i drugie jest w cenie pobytu i jedno i drugie działa przez cały rok, także wtedy, gdy nad łąką wisi mgła. Saunę i balię rozpalamy na konkretną godzinę — wystarczy napisać albo zadzwonić do nas przed przyjazdem, żeby ciepło czekało już po powrocie z cmentarza.

Jest w tym zresztą coś na wskroś zaduszkowego. Siedzicie w gorącej wodzie pod gołym niebem, para idzie w górę, a w dole, przy drodze, migają światełka zniczy w oknach sąsiadów. Ogień dla tych, których już nie ma, i ogień dla tych, którzy jeszcze są. Tego samego wieczoru.

Po saunie zostaje jeszcze herbata, koc i rozmowa przy stole — zwykle taka, na którą w ciągu roku nigdy nie ma czasu. O dziadkach, o tym, kto po kim ma nos, o domu, którego już nie ma. Listopad sprzyja takim rozmowom bardziej niż sierpień.

U nas takim rozmowom sprzyja dodatkowo miejsce ogniskowe dostępne dla Was w klimatycznej części naszej działki, bez sąsiadów dziesięć metrów obok, bez czegokolwiek, co miałoby zakłócić Wasz spokój w tym wyjątkowym czasie. Miejsce, które stworzyliśmy z myślą o Waszej ostoi i chwili na zadumę oraz refleksję.

Na koniec

Nie namawiam nikogo, żeby robić sobie z Zaduszek wycieczki. To dni, w których każdy ma swoje miejsca do odwiedzenia i swoją listę imion do wymówienia.

Ale jeśli i tak jedziecie w nasze strony, to zostawcie sobie na koniec dnia wieczór w cieple. Tyle wystarczy. Reszta — las, mgła nad łąką i cisza, która zaczyna się za ostatnim zabudowaniem — dzieje się tutaj sama.

Sprawdź wolne terminy w naszym domku na Roztoczu, a gdyby coś wymagało ustalenia — ile Was będzie, o której dotrzecie, czy przyjedzie z Wami pies — odezwijcie się do nas bezpośrednio. Do zobaczenia na Roztoczu.

Zadzwoń do nas